I to wszystko. Dzieci krzyczą za oknem – nie wiedzą, co na nie czeka. Interesują się wyłącznie drobnymi na słodycze, kolejnym dzwonkiem na przerwę i zbieraniem jesiennych liści. Nie bacząc na ryzyko wdepnięcia w nieposprzątaną psią kupę. A czeka na nie świat bezduszny, niemy. Pozbawiony wartości i zatracający się w sobie. Wirujący w śmiertelnym tańcu unicestwienia. Chcący jak najwięcej zagarnąć dla siebie.
Perspektywa ogranicza się tylko do trójkolorowej elewacji sąsiedniego budynku, niezmiennego od lat. Zupełnie jak moje życie – niby występuje w nim jakiś koloryt, ale wszystko pozbawione jest smaku, nowości, oddechu i zmian. Z pominięciem wałęsających się gołębi obsrywających dachy. Jednakże one nie mają wielkiej roli, dodają wyłącznie odrobinę ruchu do wszechobecnej stagnacji zarówno mięśni, jak i umysłu.
Użalanie się nad sobą weszło mi w krew. Prawie tak mocno, jak okłamywanie samego siebie. Zawsze bałem się ryzyka udając tylko, że mam je głęboko w krwi i jest ono czymś zupełnie normalnym. Przykład? Nawet gry rozpoczynam od przeszukania Internetu, aby znaleźć rozwiązania gotowe, podawane na tacy definicje, środki i kody.
Jem bez apetytu, a jednak wciąż tyję. Już nawet w obecności rodziców wciągam brzuch. I oszukuję się, że od jutra wezmę się za siebie i powstanie coś z mojego martwego, rozpadającego się truchła. Moje opus magnum. Mój własny pan Comstock.
Rutyna. Coraz mniej smaku. Coraz mniej energii. Coraz mniej możliwości i propozycji. Pesymizm godny dekadencji końca wieku…