Muzyka w mojej głowie. Walc, prawie jak ten od Weilla. I dobry film. Romantyczny, ale wyłącznie w samotności. To fałsz, że romantyzmem można się rozkoszować we dwoje. Prawdziwe przeżywanie istnieje tylko w samotności. Po odnalezieniu subtelnej granicy pomiędzy osamotnieniem i tłumem.
Kiedy własne myśli są jak nuty, a te jawią się w głowie niczym kolory. Bo muzyka jest barwą duszy. Ci, którzy czują nie potrzebują dzielić się wrażeniami. Po prostu je mają. Bo skoro istnieje, zdaje się, łaska wiary, to egzystować musi łaska czucia barw duszy. Uwewnętrznianych z pomocą bodźców. Takich, jak starania kelnerki o odnalezienie odpowiedzi, czy duch ze zdjęć istnieje. Bajdurzenie.
Muzyka w mojej głowie. Ale jakby ciszej gra. Oczekuje na nieznośny szczęk klucza w zamku. Aby czym prędzej uciec powrotem w swoje szesnastki i pauzy ćwierćnutowe. Przygasa, bo zaćmiewa ją racjonalizm myśli. Stres analogiczny do strachu dzieciństwa. Z tą różnicą, że o sprawy inne. Które i tak po latach wydają się trywialne.
Muzyka myśli jest kwintesencją. Nie przyozdobi jej prawdziwy dźwięk. On będzie zaledwie onomatopeją…