Kuba II
Widziałem po raz kolejny Kubę. Trzecie spotkanie potwierdziło poprzednie domysły. Jego goleń zżerana była przez zgorzeliny. Sączył mleko z butelki, poetycko przycupnąwszy na schodkach sklepu nocnego. Lewą łydkę nie pokrywał, jak ostatnio cuchnący bandaż.
Miałem tylko kupić papierosy. Przechodząc obok niego nie czuć było serowego smrodu bakterii pochłaniających jego ciało. Jedyną możliwą pomocą z mojej strony mogło być podarowanie mu opakowania gazy. Żeby, chociaż na chwilę, uchronić jego kończynę przed toksycznym, stolicznym powietrzem. Nie miałem go jednak przy sobie tak za drugim, jak podczas trzeciego spotkania.
Straci nogę, to pewna. Życie także. Postrada je na bocznicy kolejowej, obok truchła wiewiórki lub psa. Zgnije wraz z całym swoim dobytkiem. Ubraniem, butami i torbą foliową. Otuli go wiosenna, bujna trawa. W miejscu, które jestem w stanie sobie wyobrazić, ale nigdy bym do niego nie dotarł. Bo trafić tam niezwykle łatwo – wystarczy drobne potknięcie. Jak i jemu, nie poszło.
Refleks ludzkości, paradygmat postępowania. Wyrzutek. Wagabunda. Łazik. Menel. Pechowiec. Kuba.
Jadł rzeczy, po których koza by się zrzygała. Spał w miejscach wyklętych i parszywych. Obcował z rozpaczą, gorączką, smrodem oraz bezsilnością. Był u felczera. Zna diagnozę i boi się jej. Bo te nogi, choć stracone, nadal go noszą. A dzięki kuli zdechnie z głodu. Wolny i powolny. Z przerażającym biletem do domu w dziurawej kieszeni.skomentuj (0) deathwish 2012-05-22 21:51:06
Ze starego zeszytu okładka
Korzeniem moich wspomnień bądź. Wznosząc się powoli na łabędzich skrzydłach. Uśmiechaj mnie, bo słabnę. Mam to, co każdy mieć powinien. Chcę tego, czego wszyscy pragną. Budzę się z przejmującym bólem krzyża. Marnuję czas. Przechodzę obojętnie obok Kuby. Rozmawiam spokojnym, zrównoważonym głosem tym bardziej, im mocniej dostrzegam, że druga strona stoi niżej. Warczę, gdy powinienem zadzierać głowę. Przeważnie zapominam prasować rękawy od koszul. Niedoceniam swojego położenia, statusu, planów i możliwości. Otoczyłem mózg marazmem i narzekaniem. Grubą warstwą. Wziąłeś dziś, przyjacielu, swoje lekarstwo? To rozreklamowane na przydrożnych banerach, ulotkach i spotach. Jak szczekający za oknem pies. Każda z nich, z tych tabletek, powinna być okraszona uśmiechem skomponowanym przez profesora z Pittsburga. Połykaj je więc Alicjo. I tłucz w klawisze, bo niewiele innego pozostaje w zmarnowany, pogodny dzień. Kiedy miast rozciągać się na kanapie, czytając po raz kolejny o mordujących mnichach, klęczysz z umysłem ciężkim i zestresowanym tym, co jutro wyda ci się codzienną błahostką. Przecież nigdy w przeszłości nie zaprzątałeś jaźni problemami. Raz tylko, gdy były one tak naprawdę cudzym zmartwieniem – twoim tylko przelotnie, ułudnie i pośrednio. Żaden sznur nie przytroczony jest do twojego ciała. A jednak wielki kutas zmartwienia krąży wokół twojej dupy, wwiercając się w nią z subtelnością rewolucji październikowej. W czym problem? W konieczności wciągania brzucha zaraz po wyjściu z domu? Zaniedbanie własnego ciała jest refleksem zaniedbanej duszy i nieumiejętności radzenia sobie z problemem. Stąd twoje aluzje do Dodgsona. Ale nic to, wszak w kolejne dni i tak nie podejmiesz decyzji o sobie. A zegar tyka. Bynajmniej nie wstecz. Tyj, wydawaj, planuj, nie spełniaj. Jeszcze tylko koloratki ci brakuje, Alicjo.
skomentuj (0) deathwish 2012-05-21 17:32:41
Słowotok
Nie budź się, moje serce złamane. Nie jesteś teraz niczym więcej ponad snem swoim narkotycznym. Mniej wygodnie tworzyć słowa nietrzeźwe, gdy zważać należy na trzask klawiszy. Jesteś, jak mgła otaczająca moje jaźnie. Nie zwracam uwagi na istnienie całego świata obok. Wpatruję i wsłuchuję się wyłącznie w twój miarowy oddech. Pachnący ekstraktem z bananów i chmielu. Ty śnisz, nieobecna, a tak blisko mnie. Nie wiesz, co czynię poza twoimi oczami. Kiedy w mojej głowie rodzi się myśl parszywa odnośnie przyszłości. Zatopionej w tobie i bez reszty oddanej światu zewnętrznemu. Mam nadzieje, że nie usłyszysz stukotu. Bo jestem na granicy. Na skraju własnego istnienia. Każdego dnia budząc się ze smutkiem w oczach, maskowanym wymuszonym uśmiechem i ironicznym żartem. Ratującym się uzależnieniem od mielonych liści i egzystencji żebraczej. Nie jestem sobą. Stworzył mnie Deus do celów, których sam nie jestem w stanie definiować. Do leniwych ruchów dłoni przekazywanych wirtualnym tworzeniem. Nie wiem, jak to się potoczy. Nie chcę dalej brnąc. Trwonić czas na poznawanie siebie. Byłem przekonany, że pojmuję, jaka esencja tkwi we mnie – myliłem się. Kołysząc delikatnie czerepem staram się nie obudzić cudzych jaźni śniących. Nie jestem. Nie nadaję się. Nie potrafię i nie wiem. Nie poprawiam. Nie chcę, nie umiem i wegetuję. Brzuch mój wypełniony jest naciąganymi mrzonkami obietnic nigdy spełnionych. Zastanawiam się. Zasnąć spokojnie, czy brnąć w pytania tłoczące się pod czaszką w przeddzień wolnego stanu umysłu. Uratuj mnie, efendi – ty mnie wszak znasz. Wiesz, jak jestem skonstruowany, na co mnie stać. I jak przekonać innych, że jest to droga właściwa. Nie da się, nie jestem odpowiedni, nie umiem, nie wiem, nie potrafię. Nadal wegetuję. W moim umyśle coraz dalej otępiałym, usprawiedliwiam się tworząc kolejne wątki nieistniejących pokus, które zwodzą mnie ku złemu. Nie wiem. Nie potrafię, nie umiem. Oprócz wypalonego tytoniu, poza nim i w nim samym konstruować rzeczy samemu. Poza sobą i w sobie. Bełkocząc na papierze… zrekonstruuj mnie. Bo złym jestem. Leniwym. Parszywym. Niedostosowanym. Błędnie umieszczonym w świecie i w czasie. Nurzam dłonie swe w twarzy. Nie wiem, nie potrafię – błagam o pomoc. Wytrzeźwiej mnie z otępienia psiej tresury. Wypowiedz, że jestem inaczej ulepiony. Poza twoim snem i grymasem ust, że one nie kłamią i są takie, jak twierdzisz, że były dotychczas. Nie wiem. Przetłumacz i nie tłumacz. Oto ja, słowotok bez zgrabnych myśli nietrzeźwości… poświęć mnie na ołtarzu wymyślonych i naciąganych wynaturzeń.
skomentuj (0) deathwish 2012-05-16 22:46:29
Dworzec Centralny
Zawiruj w cudzych ustach efendi. Spleciona w tanecznym uścisku kręć się. dalej ku ramionom, dalej ku lędźwiom i łydkom. Pokaż gestem kokieteryjnej rozpusty, jak zatęsknisz za wargami, gdy się rozstaniecie. Ty, której biust nie przyciąga uwagi. Ty, której wzrok moc ma bardziej przenikliwą niż medalion narzuconej wiary.
Wtańcz się. Wkręć się. Wwiruj. Włosami prostymi, jak domniemanie prostaczków. Oddaj mu lica, te nienależące już do niego. Zabronione twoje blade policzki i powieki. Zatęskni za nimi rozstając się na peronie. Kiedy już dowiesz się, że zdradzał cię. W dłoń ujmując cudzą kibić. Orając zarostem inne plecy. Natchnięty erotyzmem przepadł w kimś tak różnym od ciebie. Obcym, złym, tuzinkowym i przewidywalnym. Na kogo nie zwraca się uwagi. Jak na kontrolera biletów, jak na schnący wyprany dywan.
Ona wierzy, że jest w twojej głowie częściej niż myśl o kanapkach i przerwie na papierosa. Mimo, że obca ci nikotyna rączy junaku. Harpio o płomiennych paznokciach. Ona należy do ciebie – wiesz to. Nie zastanawiaj się, ale konsumuj jej trzewia. Ślepo zatraconej w tobie tancerce nienawistnej, zazdrosnej miłości.
Otula cię, jak skórzane karwasze. Oddając każdy skrawek i głębię ciała na pastwę niewypowiedzianego pożądania. Bo twoje oczy nie kłamią. To da się zauważyć i odkryć. Ty wiesz, dlatego nie kłamiesz. Omijasz
Smutno widzieć takich ludzi. Nawet, gdy to ułamek sekundy pożegnania na peronie. A okropne jest to, że mogłeś nim być ty, gdyby nie ta różnica w zaroście.
skomentuj (2) deathwish 2012-04-26 10:43:45
Inon zur
Kołysz ze mną niebieski księżyc. Dumna magiczko. Stworzenie eteryczne. Ze skórą prawie przeźroczystą. Z uśmiechem, który oswoi tak płaczące dzieci, jak i wściekłe psy. Z szyją oplecioną aksamitną szarfą. Z palcami ciężkimi od złota i onyksu. Z luźnym materiałem na biodrach. Wiesz, że jest go zbyt wiele. Ironicznie jednak, podkreśla on sprężystość twoich ruchów i urodę talii.
Szepczesz wciąż niezrozumiałe słowa. Z orzechowych oczu bije niezwykła moc. Oślepiająca… A może to refleks słońca? Bardziej niż oczy, uwagę przyciągają twe rzęsy. Długie, podkręcone i czarne, jak ziemia. Wyzywające.
Palce. Ich koniuszki, umazane są w kredzie, węglu i atramencie.
Lekko spiczaste, przylegające uszy. I burza kasztanowych włosów.
Nie używasz wielkich ksiąg, jak to w zwyczaju mają twoi bracia. Nie przeklinasz i nie spędzasz nocy na kurhanach i uroczyskach. Do ciebie, tworząc golemy i homunkulusy, należy urok zniewolenia i hipnozy. I animizacji, bo poruszasz wszystko. I polimorfii, bo potrafisz zmienić wilka w owcę, byka w barana, a orła w mewę.
Słońce masz zawsze za plecami. Pokłon oddaje ci Suria i Astarte.
Nie boisz się zanurzyć dłonie w pokrytej rzęsą sadzawce, szepcząc altem niezrozumiałe słowa.
Umiesz tak wiele, ulecz więc moją nieznośną suchość gardła, gdy to piszę.
skomentuj (1) deathwish 2012-03-18 22:29:49
Kuba
Autobus tego wieczoru wypełniony był swądem zgniłego mięsa. Okropna woń wydobywała się spod bandaża bezdomnego. Opatrunku, na którym już dawno zastygła krew. Z każdym najmniejszym nawet ruchem jego stopy, powietrze przenosiło serowy zapach zgorzelin wżerających się w jego łydkę. Zapewne dotknęła ona go głęboko, aż do kości piszczelowej. Na jego policzkach malował się wyraz bólu i gorączki, które może uśmierzyć wyłącznie nienaturalny narkotyczny sen. Wielce prawdopodobne, że straci nogę. Lepszy to wyrok jednak, niż zakończenie najbardziej parszywego i zmarnowanego żywota.
Podróżni reagowali tylko poprzez częste grymasy zniesmaczenia i porozumiewawczych spojrzeń. Każdy z nich ukradkiem spoglądał w stronę bezdomnego czekając na kolejny ruch jego stopy. Jakby wręcz pragnęli widzieć grymas cierpienia na jego fizis.
Po jego włosach harcowały wszy. Z daleka widoczne były niezdrowe wykwity skórne – świadectwo dalekiego zaniedbania w pielęgnacji ciała. Któż jednak myśli o kąpieli i schorzeniach, gdy ból żołądka, wypełnionego jedynie kwasem i powietrzem, odstręcza od innych myśli?
Umrze tak, jak dotychczas wiódł żywot – bezosobowy i żebraczy.
skomentuj (0) deathwish 2012-03-16 16:35:25
Big iron
Do miasteczka Zimnej Wody wjechał obcy tego dnia
Ani słowa nie powiedział, żaden gadać z nim też chciał.
Nikt nie wchodził jemu w drogę, nikt nie pytał, czego chce
Bo żelastwo miał w kaburze, do nogi przytroczone.
Było bardzo wcześnie rano, gdy do miasta konno wpadł.
Jechał, widać od południa, rozglądając wolno się.
Zabijaka z niego wielki, z ust do ust już plotka szła,
I na pewno ma tu sprawę, stąd w kaburze jego gnat!
A w miasteczku Zimnej Wody był legenda – Texas Red.
Wielu próbowało go ubić, każdy jeden martwym jest.
Był złośliwy i zabójczy, i ćwierć wieku prawie żył,
A na lufie pistoletu krzyż dwudziesty właśnie wrył.
Obcy ozwał się do ludzi, obmyślając właśnie plan.
Z Arizony był strażnikiem, ścigać Texa tutaj miał.
Przyprowadzić martwym, żywym to zmartwienie mniejsze jest
Ma go dopaść przed południem, inna myśl nie wchodzi w grę.
Nie za długo uszy Texa dawno znały cwaną grę.
Zabijaka się nie martwił, jak poprzednich zgniecie pchłę.
Już dwudziestu próbowało, każdy z nich potykał się.
A kolejnym miał być strażnik z tym żelastwem u nogi swej.
Szybko minął dnia początek, trzeba było spotkać się.
By skrzyżować swe oblicza, dwadzieścia po dwunastej.
A mieszkańcy podglądali, każdy trwożnie zza swych drzwi,
Bo wiedzieli, że strażnika przeznaczenie spotka dziś.
Odliczyli stóp czterdzieści by odegrać role swą,
A tubylcy do dziś dnia wielbią szybkość strażnika rąk.
Źle wymierzył, biedny Texas, ledwo drasnął kulą płaszcz,
Za to strażnika żelastwo wbiło w ziemię Reda twarz.
Już po chwili było cicho, aż mieszkańcy zbiegli się,
Bo w porannej krwi kałuży leżał zabijaka Red.
Zawsze wiódł życie hulaszcze, dzisiaj spotkał jego dno,
Kiedy młody strażnik przywiódł pod żelazny osąd go.
skomentuj (0) deathwish 2012-03-11 12:27:50
A to wszystko przez czerwony lakier na twoich paznokciach
Głupi ludzie. Drzemią bezustannie, kołysani miarowym stukotem kół pociągu. Wiem, że nie chcą tu być, robią wszystko z przymusu i nigdy z własnej inicjatywy. Irytująca zgraja zubożałych kretynów.
Codziennie. Przez kolejne trzydzieści, bez mała, lat ciągnący się leniwie w rutynie swoich rozmów o chorobach, kupie dziecka i rachunkach za telewizję. Przeobrażeniom ulegają wyłącznie ich buty i twarze. Pierwsze zmieniają się z okazji pory roku lub rodzinnego święta. Drugie płyną z automatyzmu, marazmu, zmęczenia i braku pociechy. I jedna tylko jeszcze rzecz ulega metamorfozie – kutas i cycki coraz bardziej ochoczo prą ku ziemi. Jakby przeczuwając swój wieczny niebyt.
Pocieszając się muzyką z nielegalnie pobranych serwisów. Tylko tymi jednak, które dyktuje radio i telewizja. Bawi ich prymitywna rozrywka słonecznej telewizji. Choroba, kupa i rachunki. I nowy bilet miesięczny. Nawet nie jest to już zabawne. Smutne też raczej nie. Codzienne w swej prostocie i neutralne w okropieństwie.
Podświadomie marzą o rewolcie, o zmianie stanu skupienia. A gdy takaż nastąpi – brakuje im wytchnienia i tęsknią za spokojem kolejnego dnia.
Gdyby wrzucić ich do wielkiego kotła, po ówczesnym zmieleniu, wyszedłby najbardziej gorzki gulasz, jaki widział świat.
skomentuj (1) deathwish 2012-02-24 16:36:53
Przez sen
Telefon i wzrok jej milczy. Wie dokładnie, o czynią teraz moje dłonie i umysł dla niej. Nie spogląda – udaje, że nie dostrzega moich ruchów. Stara się za wszelką cenę udowodnić, jak bardzo jej tu teraz nie ma. Zupełnie nieistniejąca. Pod drżącymi powiekami zdaje się pragnąć schować swe zaciekawienie.
Bo wypełniona kartka kusi. To, co się na niej znajdzie tylko przez moment jawi się znakiem tajemnicy. Myślę o niej. Poszukuję wzrokiem jej wzroku. Przychylnego uśmiechu, gdy nie wie, że ja po prostu lubię na nią patrzeć.
To do niej należy mój tusz. Tak dawno nieużywany, zaschnięty i oszpecony grudami oczekiwania. Aż przyszła zima. I marnotrawne podróże z miejsca siedzącego w miejsce leżące. Książka umila czas, zmuszając do refleksji rozciągnięte zwoje. Zużyte, póki nie potarły do nich jej oczy. Jej zwyczajne oczy.
Wydaje mi się, że tak dobrze ją znam. A słów wciąż tak niewiele. Za mało, zbyt ubogo, za krótko. Czas dla nas, a jakby dla każdego z osobna.
Męcząca gra oczekiwania na uśmiech. Nieznośny kaprys tak rzadko spotykany. A ja lubię jej usta wiecznie zaciśnięte. Wargi niosące przyjaźń, złość, oburzenie i uczucia.
Szkoda, gdy tylko w myślach, nawet będąc w zasięgu dłoni, jest zawsze.
15.02.2012
skomentuj (3) deathwish 2012-02-24 16:26:41
Alter ego
Najpiękniejsza wśród gwiazd... Jak bardzo żałuję, że nie leżysz w mojej szkatule z biżuterią... Mogłabym Cię wtedy zakładać każdego ranka i tulić do swej piersi niczym ciepły rubin lub jaspis. Hołubię Twe ezoteryczne piękno mimo nieosiągalności Twojego ciała. Chciałabym Cię posiadać, ale zdaję sobie sprawę, że jesteś tak samo nierealna, co ja... A ja chcę mieć w Tobie pokorną uczennicę. Moją electę, moją efendi i bakałarza. A Ty tak bardzo nie należysz do mnie. Do mych ust, lędźwi, trzewi i jaźni. Ugość się w mojej głowie i tak zasypiaj ... istoto piękna.
skomentuj (0) deathwish 2012-02-17 12:58:47